poniedziałek, 24 października 2016

Ansatsu Kyoushitsu - historia o dziwacznym nauczycielu i zabójczej klasie.




Pewnego dnia naturalny satelita ziemi eksplodował, pozostawiając po sobie resztki w kształcie półksiężyca. Stworzenie, które przypisuje sobie dokonanie tego czynu zarzeka się także, że w marcu przyszłego roku to samo spotka Ziemię. Posiada ono moce przerastające ludzkie możliwości, przez co żadna potęga militarna świata nie ma z nim szans. Jednakże z jakiegoś powodu w międzyczasie obcy postanawia podjąć pracę jako nauczyciel w najgorszej klasie Gimnazjum Kunugigaoka. Tym samym los świata spoczywa w rękach uczniów klasy E – mają czas do zakończenia roku, żeby wymyślić jak zamordować swojego nowego wychowawcę, a tym samym zgarnąć 10 miliardów jenów za uratowanie świata." 
źródło: shinden.pl

Tak strona shinden.pl przedstawia nam jedno z lepszych anime, jakie ostatnio udało mi się obejrzeć. Ansatsu Kyoushitsu (Assassination Classroom) opowiada o przygodach Shioty Nagisy - młodego gimnazjalisty, który przez swoje wyniki w nauce trafia do najgorszej klasy - E, zwanej również Klasą Końca. Chłopak oraz jego koledzy są traktowani jak szkolne popychadła - ich zajęcia odbywają się w innym kampusie, znajdującym się w górach, a rówieśnicy oraz nauczyciele wmawiają im, że nic z nich nigdy nie będzie. Ogólnie mówiąc - patologia. Niespodziewanie księżyc trafia szlag, a nowym wychowawcą Nagisy zostaje Wielka, Żółta, Zboczona Ośmiornica i dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa, bowiem uczniowie mają za zadanie zabić swojego nowego mentora przed marcem. Ba, gdyby to było takie proste.
Ten tytuł to istny festiwal nieudanych zabójstw, żartów i nietuzinkowych bohaterów. Oba sezony trzymają poziom, co zdarza się dość rzadko. Wszystko jest ładnie narysowane, kreska ma swój urok. Postacie wyzwalały we mnie wiele różnorodnych emocji - od pozytywnych, po negatywne. Każda ma inny talent, który inaczej wykorzystuje, by przyczynić się do zabójstwa. Co prawda niektóre umiejętności wychowawcy są trochę naciągane, ale to da się przeżyć.
Gdy już skończyłam oglądać to anime, dostałam naprawdę mocnego mentalnego kaca. (Znacie to uczucie, gdy obejrzycie/przeczytacie coś naprawdę dobrego i później żal Wam, że to już koniec?) Z czystym sumieniem mogę polecić Wam ten tytuł.

Podsumowując:

Fabuła: 8/10
Bohaterowie: 9/10
Kreska: 9/10
Muzyka: 9/10
Ocena końcowa: 8,75/10

wtorek, 4 października 2016

„Brothers Conflict", czyli jak nie robić anime

Cóż, bądźmy szczerzy - tego typu tytuły ogląda się albo z nudów, albo z ciekawości, albo dla ładnych chłopców, bo fabuły ani żadnego głębszego sensu w nich nie znajdziemy. Ale „Brothers Conflict" to jedna z tych animacji, która sprawia, że po jej obejrzeniu przyrzekasz sobie nigdy więcej nie tykać haremówek.

W pierwszym odcinku poznajemy Chi i jej irytującą wiewiórkę z obsesją chronienia jej przed jakimikolwiek przedstawicielami płci „brzydszej", o imieniu Juli. Ojciec naszej boCHaterki wychodzi za mąż za swoją „wybrankę serca", skazując swoją jedyną latorośl (którą miał w dupie przez prawie całe jej życie) na zmianę miejsca zamieszkania. I tu zabawa zaczyna się rozkręcać! Brązowowłosa „pikność" dostaje w pakiecie „Rodzina 500+" trzynastu braci. Każdy przystojniejszy od poprzedniego. Gdybym miała ich opisać w skrócie, wyglądałoby to mniej-więcej tak: 
„Wkurwiający braciszek (Tsubaki), bliźniak wkurwiającego braciszka (Azusa), zboczony mnich-wcale-nie-pedofil (Kaname), niedorozwinięty dziewczynko-chłopczyk (Wataru), transwestyta (Hikaru), rudy nerd (Natsume), zakompleksiony koszykarz (Subaru), fryzjer ze schizofrenią (Louis) i tak dalej, i tak dalej..."

Pierwsza co najmniej dziwna rzecz - Ema (Chi), na początku anime ma szesnaście lat. Najstarszy interesujący się nią brat ma dwadzieścia osiem. Dwadzieścia osiem. Z kolei najmłodszy czujący do niej miętę ma pieprzone dziesięć. To jest już pedofilia, prawda? Druga co najmniej dziwna rzecz - ta dziewczyna jest nienormalna. Juli gada. I tylko ona i Louis go słyszą. To o czymś świadczy, prawda? Ja obstawiam poważny przypadek schizofrenii. Takie rzeczy się leczy!

Kolejną rzeczą, której nie mogę ścierpieć w jakiejkolwiek haremówce jest głupota głównych bohaterek. Każda z nich, bez najmniejszego wyjątku, jest durna, płaska (z każdej możliwej strony), cierpiąca na anoreksję, pseudo niewinna, umiejąca gotować, sprzątać i mająca najlepsze wyniki w szkole. Słowem - idealna żonka! Do tego ma „zbawienny" wpływ na dosłownie KAŻDEGO z kim się spotka i KAŻDY fajny chłopak jest w niej na zabój zakochany. Tak od razu, jak tylko na nią spojrzy. Pytanie co im się tak w nich podoba? Cycki? Nie... Raczej nie. Intelekt? To też odpada. To może chodzi o ich siłę psychiczną i ciekawe spojrzenie na świat? Też nie...? Ech... Kapituluję. Wszystkie są takie same, a za każdym razem autorzy nam wciskają, że są nie wiadomo jak wyjątkowe. Nie są. Nie wierzcie w tę propagandę!

Każdy z Was może w tym momencie nazwać mnie zakompleksioną idiotką. Bo „ja im tylko zazdroszczę". Okej, chciałabym żeby każdy facet się za mną oglądał i tak dalej, ale to jedyna rzecz, jakiej mogę zazdrościć tym jakże wspaniałym boCHaterką. Szczerze? Bardzo chętnie obejrzałabym - chociaż raz - haremówkę, w której główna postać kobieca jest silna psychicznie, ma ciekawe opinie na różne tematy, faktycznie coś w głowie, niekoniecznie umie gotować, nie wygląda jak po miesiącu głodówki i jest i asertywna, i wartościowa. A Wy? Też byście chcieli?

Podsumowując - stanowcze NIE! dla tego anime. Jest tak nudne, że wytrzymałam zaledwie sześć odcinków, po czym przełączyłam na ostatni i przewinęłam go do końca. Z reguły nigdy tego nie robię, a to chyba coś znaczy. Poza tym - zakończenie też jest słabe. Nie polecam. Chyba, że lubisz patrzeć na gwaUcone tępe dzidy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam za ten nieskładny kubeł pomyj. Po prostu nie wytrzymałam. Przepraszam.
BlueBird

niedziela, 2 października 2016

Szkoła przetrwania

Zaczęło się - pierwszy miesiąc za nami. Dokładnie 31 dni temu musieliśmy pożegnać się z wolnością i wrócić do tego piekła pełnego ciemiężycieli każdego normalnego nastolatka - nauczycieli. Niektórzy z nich chowają się pod maską miłego uśmiechu i braku zadań domowych, a inni bez najmniejszych oporów pokazują swoje prawdziwe twarze. Dorośli trąbią "Nauczyciel też człowiek"! A jak wyjaśnicie nietoperzy słuch polonistek, rentgena w oczach fizyków i nigdy nie męczących się WF-istów!? Ciężko przetrwać w szkole, oj ciężko... Dlatego ja spróbuję udzielić Wam kilku (chyba) pomocnych rad!
  1. Postrach szkoły pyta, a Ty nic nie umiesz? Siedź prosto, przynajmniej udawaj, że coś wiesz i nie patrz w oczy nauczyciela! Jeden kontakt wzrokowy i po tobie. [1]
  2.  Masz do przeczytania szkolną lekturę, która nudzi cię samym tytułem? Przeczytaj dwa razy streszczenie szczegółowe i poszukaj jakiegoś opracowania. Będziesz wiedział tyle samo, co po przebrnięciu przez tego gniota, a zaoszczędzisz masę czasu.
  3. Powiedziałeś coś nieodpowiedniego o koledze/koleżance, który/a stoi obok, a on/a to usłyszał/a? Szybko przekręć to słowo w coś dziwnego i udawaj, że to widzisz (przykładowo sztywniara -> sztywniak wiszący na kominie). Lepiej skończyć z opinią schizofrenika z ebolą mózgu, niż dostać wpie*dol. Wiem co mówię.
  4. Nauczyciel W-Fu to pieprzony sadysta? Postanowił, że Ty i twoja grupa będziecie biegać dookoła jakiegoś pola i uprzedził Was o tym? Nie bierz stroju i wciśnij mu, że w tych spodniach/spódnicy/sukience/szortach nie da się biegać. Jeśli nie uwierzy, spektakularnie się wywal. Wtedy powinno zadziałać.
  5. Masz irytującego znajomego/ą, który/a chce z tobą siedzieć na każdej możliwej lekcji? Wciskaj kit, że już umówiłeś się z kimś innym, a później szybko dorwij tą osobę i ją o tym poinformuj. [2]
  6. Nie wziąłeś zeszytu z zadaniem domowym? Szybko przepisz je od kogoś ołówkiem do innego, mało ważnego zeszytu i rób tam notatki z lekcji. Nauczyciel raczej się nie kapnie. [3]
[1] Zadziała tylko wtedy, jeśli wcześniej nie podpadłeś. Sorry, taki lajf.
[2] Pamiętaj, by wybrać osobę, która na pewno jeszcze z nikim się nie umówiła.
[3] Najlepiej działa gdy siedzisz gdzieś z tyłu/środku sali, a nauczyciel jest nieogarnięty/ma wszystko w dupie.

To tyle na dziś! Wybaczcie nieobecność, walczyłam z górami testów i zadań domowych. Tak na marginesie, powinnam teraz pisać recenzję jakiegoś gniota... Ups. Cóż, do zobaczenia!
BlueBird

W następnym poście:
"Recenzja" pewnego anime i moja opinia na temat haremówek. 

niedziela, 4 września 2016

Jak zabiłam telefon - historia zagubionej baterii.

Raz, dwa, trzy, spadasz ty!


Kolejny słoneczny dzień wakacji. Nastolatka ubrana w kwiecistą sukienkę do kolan wchodziła po schodach, niosąc na rękach dwie książki, dwa telefony i słuchawki. W pewnym momencie jej stopa ześlizgnęła się z drewnianego stopnia, a jeden z telefonów wysunął jej się z dłoni, po czym spadł na ziemię przez szparę pomiędzy schodkami. Nieszczęsne urządzenie rozbiło się na trzy części: właściwą, obudowę oraz baterię. Odzyskawszy równowagę dziewczyna szybko zbiegła na dół i podeszła do miejsca upadku. Niemal od razu znalazła pierwsze dwa elementy, ale nigdzie nie mogła znaleźć serca aparatu - baterii. Szukała i szukała, w pewnym momencie zaangażowała całą rodzinę - nic. Części jak nie było, tak nie ma. Jak kamień w wodę. W rozpaczliwej próbie ożywienia telefonu, dziewczyna podłączyła go do prądu i usiłowała wymienić źródło energii na to z drugiej komórki. Dalej nic. Bo - niestety - tego typu wynalazki nie działają jak laptopy - na kablu, a inne baterie były po prostu za małe.


Sprzedawcy najlepszymi przyjaciółmi konsumenta.


Poszukiwania nic nie dały, więc nasza bohaterka postanowiła wyprosić od rodziców zakup nowej baterii. Przez pierwszy tydzień nie dało to nic. Przez większość drugiego sprawa była notorycznie zapominana przez rodzicieli. W końcu nastał wyczekiwany dzień wizyty w galerii, przy okazji której została zamówiona nowa, wybłagana bateria. Dwa dni później miała być w sklepie. Niestety - potrzebna na gwałt część nie przyszła, ale miły sprzedawca zaproponował, że jeśli nastolatka przyjedzie tam jutro, będzie w stanie dobrać nową na miejscu. Dziewczyna następnego dnia po szkole pojawiła w sklepie, a jej telefon wrócił do żywych. 

Morał...


Po pierwsze - nie należy nosić zbyt dużej ilości rzeczy naraz! Po drugie - powinno się uważać na schodach (zwłaszcza ażurowych)! Po trzecie - i ostatnie! - uważajcie na baterie i śpieszcie się je kochać, bo tak szybko odchodzą ;-;
R. I. P.
Bateria
2016-2016

 BlueBird

Kilka porad dotyczących szkoły oraz marudzenie autorki. Zachęcam do czytania!   

czwartek, 1 września 2016

Witamy w piekle...

...czyli powrót do szkoły!


"Żegnaj wolności, witaj szkoło!" - z tymi słowami na ustach przekroczyłam dzisiaj próg mojego kochanego gimnazjum. Znów tam byłam. W sportowych butach do eleganckiej spódnicy i bluzki. Do tego spóźniona na apel. Bo oczywiście postanowiłam olać wizytę w kościele i stawić się w budynku dopiero na właściwej części rozpoczęcia. Brawo ja. Na szczęście moje kochane koleżanki siedziały na tyle blisko, że, uniknąwszy kazań nauczycieli, wślizgnęłam się na ostatnie wolne miejsce w ich rzędzie. I tu zaczęły się prawdziwe schody.
Apel nie był taki zły - w porównaniu z pierwszym. Z niego pamiętam tylko tyle, że był koszmarnie długi, a krzesełko na którym siedziałam niesamowicie niewygodne. Ten - stosunkowo krótki i zabawny - nie doprowadził mnie do niemego błagania o koniec, ale i tak koniec końców wstałam obolała. Później była przemowa dyrektora, która jak zawsze była największą częścią wprowadzenia w nowy rok zakuwania. Udało mi się to przeczekać cicho komentując co drugie zdanie i chichrając się z dziewczynami. Dojrzale. 
Wreszcie nastał koniec. Spory tłumek uczniów przepychał się przez drzwi do hali. Cel - dotrzeć do sali jako jedna z pierwszych i zająć godne miejsce na następne dziesięć miesięcy. Sprint po schodach, wyścig w klasie. Udało się - ławka zaklepana. 
Teoretycznie ta część powinna być czystą formalnością. Ogarnięcie planu lekcji, rozdanie kluczyków, pożegnanie i do domu. Właśnie - teoretycznie. W wykonaniu mojej klasy wyglądało to mniej więcej tak:
Nasza wychowawczyni krzycząca "Bądźcie cicho", pół godziny zawracania gitary zmianami w systemie (czy czymś w tym stylu), w tym informacją o nowej salce w kościele, o której już mówił nam dyrek, a my lekcji w niej i tak mieć nie będziemy. Później przekrzykiwanie wrzasku i czekanie na kluczyk, dyktowanie planu lekcji... A nie - wróć! Nie był dyktowany. Ups. Aczkolwiek mnie udało się go dorwać, więc rozpowszechnienie go wśród nieposiadających tej jakże ważnej rzeczy ludzi nie będzie trudne. Chyba. 
Cóż, po batalii trwającej ponad czterdzieści minut udało nam się poodbierać i wysłuchać wszystkiego co trzeba. Następny punkt do zaliczenia - KFC! Szczegółów nie będę zdradzać, ale powiem po prostu, że do domu wróciłam koło pierwszej - i to z koleżankami. No bo "Why the hell not!?"

Dziwactwo nie zawsze popłaca - coś o mnie.


"Stworzenie znane jako Autorka należy do niesamowicie interesującego gatunku zwanego Psychopatus pospolitus, zwanego również psychopata pospolity. Gatunek ten cechuje się niecodziennym poczuciem humoru, ponadprzeciętną lub niesamowicie niską inteligencją oraz odruchami postrzeganymi przez zwyczajnych ludzi jako dziwne."
Tak wygląda wstęp do mojej "definicji" w Wikipedii. Znaczy, wyglądałby, gdyby ona w ogóle istniała. Ale nie istnieje. Smutek. Dobra, teraz na poważnie. Nie jestem dobra w opisach samej siebie, więc przedstawię najważniejsze fakty w formie swoistego planu:
1. Kocham muzykę. Bez niej nie żyję. Słucham dosłownie wszystkiego. No, może oprócz disco polo. Tego nie trawię. Jeszcze bardziej go nie trawię, jak ktoś budzi mnie nim, mimo że mieszka na drugim końcu pola.
2. Właśnie. Mieszkam przy polu. Tak, przy polu. Wbrew pozorom nie żyje się tu tak źle. Chyba, że sąsiad postanawia zrobić dziką balangę, którą nawet u mnie słychać. To wtedy jest gorzej. 
3. Tak jak wspominałam w poprzednim poście - jestem mangozjebem i kocham yaoi. Co ja gadam, ubóstwiam! Na szczęście przynajmniej części z Was - nie zamierzam się tu o nim rozwodzić, może co jakiś czas coś napomknę o jakimś konkretnym tytule, ale wtedy będziecie mieli na wstępie wielki napis "UWAGA YAOI'', więc nie trzeba się bać. Serio. 
4. Food is love, food is life. Chyba kiedyś zrobię o tym cały wpis. Aż mnie korci!
5. Lubię pisać i czytać. Prowadzę nawet drugiego bloga z opowiadaniami, ale hejterów boy x boy od razu zniechęcam do wchodzenia w powyższy link. 
6. Ja i sport nie jesteśmy w najlepszych stosunkach. Co nie znaczy, że jestem gruba - co to, to nie. Specjalnie szczupła też nie jestem. Jestem... normalna. 
Myślę, że na razie Wam starczy, bo post i tak jest już długi, a gdybym wyłożyła od razu wszystko, to o czym miałby być ten blog!? Tak więc pozostaje mi pożegnać się z Wami i odjechać autobusem w stronę zachodzącego słońca. Życzę powodzenia w szkole, ewentualnie pracy.
BlueBird. Bez odbioru.

W następnym poście:
Jak zabiłam telefon, czyli historia zagubionej baterii.  

środa, 31 sierpnia 2016

Wrota do...

...piekieł? Niebios? A może psychiatryka?

Nieważne! Grunt, że dziś się otwierają! Czy się zamkną? Trudne pytanie. Mam nadzieję, że nie. 


Witam w moim osobistym, nie do końca normalnym świecie marzeń i przemyśleń! Nie wszystko co się w nim pojawi będzie jednokolorowe. Czasem trafi się coś białego, czasem czarnego, czasem trup... Znaczy! Coś szarego ^^' Ja sama mam spore wahania nastrojów, a charakter i zachowania umieją mi się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni (kilka razy w ciągu dnia ;-;), przez co zaczynam się zastanawiać, czy mam jakieś problemy z głową, czy cierpię na zespół napięcia niewiadomojakiego.

 

Kilka słów o blogu, czyli trochę wszystkiego!

 

Będą się tu pojawiać zarówno moje przemyślenia, jak i marudzenie, spontaniczne "mondrości" lub polecane przeze mnie anime/mangi + ich krótkie recenzje. (Tak, jestem mangozjebem. I do tego lubię yaoi. Mówi się trudno ludzie.) Jutro zaczyna się rok szkolny (Panie Yato miej nas w opiece! Tak, mam pięć jenów. Tak, złożę je w ofierze.), więc tych drugich pojawi się raczej sporo. Odnośnie częstotliwości wstawiania postów - nie jestem w stanie nic obiecać, zwłaszcza, że zaczynam drugą klasę gimnazjum, która podobno (PODOBNO) jest najcięższa. Zapierdziel gwarantowany. Życzcie mi szczęścia.
BlueBird. Bez odbioru.

następnym poście:
Coś o autorce i jej zainteresowaniach. Do tego raport z rozpoczęcia roku szkolnego. Zachęcam do czytania!