niedziela, 4 września 2016

Jak zabiłam telefon - historia zagubionej baterii.

Raz, dwa, trzy, spadasz ty!


Kolejny słoneczny dzień wakacji. Nastolatka ubrana w kwiecistą sukienkę do kolan wchodziła po schodach, niosąc na rękach dwie książki, dwa telefony i słuchawki. W pewnym momencie jej stopa ześlizgnęła się z drewnianego stopnia, a jeden z telefonów wysunął jej się z dłoni, po czym spadł na ziemię przez szparę pomiędzy schodkami. Nieszczęsne urządzenie rozbiło się na trzy części: właściwą, obudowę oraz baterię. Odzyskawszy równowagę dziewczyna szybko zbiegła na dół i podeszła do miejsca upadku. Niemal od razu znalazła pierwsze dwa elementy, ale nigdzie nie mogła znaleźć serca aparatu - baterii. Szukała i szukała, w pewnym momencie zaangażowała całą rodzinę - nic. Części jak nie było, tak nie ma. Jak kamień w wodę. W rozpaczliwej próbie ożywienia telefonu, dziewczyna podłączyła go do prądu i usiłowała wymienić źródło energii na to z drugiej komórki. Dalej nic. Bo - niestety - tego typu wynalazki nie działają jak laptopy - na kablu, a inne baterie były po prostu za małe.


Sprzedawcy najlepszymi przyjaciółmi konsumenta.


Poszukiwania nic nie dały, więc nasza bohaterka postanowiła wyprosić od rodziców zakup nowej baterii. Przez pierwszy tydzień nie dało to nic. Przez większość drugiego sprawa była notorycznie zapominana przez rodzicieli. W końcu nastał wyczekiwany dzień wizyty w galerii, przy okazji której została zamówiona nowa, wybłagana bateria. Dwa dni później miała być w sklepie. Niestety - potrzebna na gwałt część nie przyszła, ale miły sprzedawca zaproponował, że jeśli nastolatka przyjedzie tam jutro, będzie w stanie dobrać nową na miejscu. Dziewczyna następnego dnia po szkole pojawiła w sklepie, a jej telefon wrócił do żywych. 

Morał...


Po pierwsze - nie należy nosić zbyt dużej ilości rzeczy naraz! Po drugie - powinno się uważać na schodach (zwłaszcza ażurowych)! Po trzecie - i ostatnie! - uważajcie na baterie i śpieszcie się je kochać, bo tak szybko odchodzą ;-;
R. I. P.
Bateria
2016-2016

 BlueBird

Kilka porad dotyczących szkoły oraz marudzenie autorki. Zachęcam do czytania!   

czwartek, 1 września 2016

Witamy w piekle...

...czyli powrót do szkoły!


"Żegnaj wolności, witaj szkoło!" - z tymi słowami na ustach przekroczyłam dzisiaj próg mojego kochanego gimnazjum. Znów tam byłam. W sportowych butach do eleganckiej spódnicy i bluzki. Do tego spóźniona na apel. Bo oczywiście postanowiłam olać wizytę w kościele i stawić się w budynku dopiero na właściwej części rozpoczęcia. Brawo ja. Na szczęście moje kochane koleżanki siedziały na tyle blisko, że, uniknąwszy kazań nauczycieli, wślizgnęłam się na ostatnie wolne miejsce w ich rzędzie. I tu zaczęły się prawdziwe schody.
Apel nie był taki zły - w porównaniu z pierwszym. Z niego pamiętam tylko tyle, że był koszmarnie długi, a krzesełko na którym siedziałam niesamowicie niewygodne. Ten - stosunkowo krótki i zabawny - nie doprowadził mnie do niemego błagania o koniec, ale i tak koniec końców wstałam obolała. Później była przemowa dyrektora, która jak zawsze była największą częścią wprowadzenia w nowy rok zakuwania. Udało mi się to przeczekać cicho komentując co drugie zdanie i chichrając się z dziewczynami. Dojrzale. 
Wreszcie nastał koniec. Spory tłumek uczniów przepychał się przez drzwi do hali. Cel - dotrzeć do sali jako jedna z pierwszych i zająć godne miejsce na następne dziesięć miesięcy. Sprint po schodach, wyścig w klasie. Udało się - ławka zaklepana. 
Teoretycznie ta część powinna być czystą formalnością. Ogarnięcie planu lekcji, rozdanie kluczyków, pożegnanie i do domu. Właśnie - teoretycznie. W wykonaniu mojej klasy wyglądało to mniej więcej tak:
Nasza wychowawczyni krzycząca "Bądźcie cicho", pół godziny zawracania gitary zmianami w systemie (czy czymś w tym stylu), w tym informacją o nowej salce w kościele, o której już mówił nam dyrek, a my lekcji w niej i tak mieć nie będziemy. Później przekrzykiwanie wrzasku i czekanie na kluczyk, dyktowanie planu lekcji... A nie - wróć! Nie był dyktowany. Ups. Aczkolwiek mnie udało się go dorwać, więc rozpowszechnienie go wśród nieposiadających tej jakże ważnej rzeczy ludzi nie będzie trudne. Chyba. 
Cóż, po batalii trwającej ponad czterdzieści minut udało nam się poodbierać i wysłuchać wszystkiego co trzeba. Następny punkt do zaliczenia - KFC! Szczegółów nie będę zdradzać, ale powiem po prostu, że do domu wróciłam koło pierwszej - i to z koleżankami. No bo "Why the hell not!?"

Dziwactwo nie zawsze popłaca - coś o mnie.


"Stworzenie znane jako Autorka należy do niesamowicie interesującego gatunku zwanego Psychopatus pospolitus, zwanego również psychopata pospolity. Gatunek ten cechuje się niecodziennym poczuciem humoru, ponadprzeciętną lub niesamowicie niską inteligencją oraz odruchami postrzeganymi przez zwyczajnych ludzi jako dziwne."
Tak wygląda wstęp do mojej "definicji" w Wikipedii. Znaczy, wyglądałby, gdyby ona w ogóle istniała. Ale nie istnieje. Smutek. Dobra, teraz na poważnie. Nie jestem dobra w opisach samej siebie, więc przedstawię najważniejsze fakty w formie swoistego planu:
1. Kocham muzykę. Bez niej nie żyję. Słucham dosłownie wszystkiego. No, może oprócz disco polo. Tego nie trawię. Jeszcze bardziej go nie trawię, jak ktoś budzi mnie nim, mimo że mieszka na drugim końcu pola.
2. Właśnie. Mieszkam przy polu. Tak, przy polu. Wbrew pozorom nie żyje się tu tak źle. Chyba, że sąsiad postanawia zrobić dziką balangę, którą nawet u mnie słychać. To wtedy jest gorzej. 
3. Tak jak wspominałam w poprzednim poście - jestem mangozjebem i kocham yaoi. Co ja gadam, ubóstwiam! Na szczęście przynajmniej części z Was - nie zamierzam się tu o nim rozwodzić, może co jakiś czas coś napomknę o jakimś konkretnym tytule, ale wtedy będziecie mieli na wstępie wielki napis "UWAGA YAOI'', więc nie trzeba się bać. Serio. 
4. Food is love, food is life. Chyba kiedyś zrobię o tym cały wpis. Aż mnie korci!
5. Lubię pisać i czytać. Prowadzę nawet drugiego bloga z opowiadaniami, ale hejterów boy x boy od razu zniechęcam do wchodzenia w powyższy link. 
6. Ja i sport nie jesteśmy w najlepszych stosunkach. Co nie znaczy, że jestem gruba - co to, to nie. Specjalnie szczupła też nie jestem. Jestem... normalna. 
Myślę, że na razie Wam starczy, bo post i tak jest już długi, a gdybym wyłożyła od razu wszystko, to o czym miałby być ten blog!? Tak więc pozostaje mi pożegnać się z Wami i odjechać autobusem w stronę zachodzącego słońca. Życzę powodzenia w szkole, ewentualnie pracy.
BlueBird. Bez odbioru.

W następnym poście:
Jak zabiłam telefon, czyli historia zagubionej baterii.