czwartek, 1 września 2016

Witamy w piekle...

...czyli powrót do szkoły!


"Żegnaj wolności, witaj szkoło!" - z tymi słowami na ustach przekroczyłam dzisiaj próg mojego kochanego gimnazjum. Znów tam byłam. W sportowych butach do eleganckiej spódnicy i bluzki. Do tego spóźniona na apel. Bo oczywiście postanowiłam olać wizytę w kościele i stawić się w budynku dopiero na właściwej części rozpoczęcia. Brawo ja. Na szczęście moje kochane koleżanki siedziały na tyle blisko, że, uniknąwszy kazań nauczycieli, wślizgnęłam się na ostatnie wolne miejsce w ich rzędzie. I tu zaczęły się prawdziwe schody.
Apel nie był taki zły - w porównaniu z pierwszym. Z niego pamiętam tylko tyle, że był koszmarnie długi, a krzesełko na którym siedziałam niesamowicie niewygodne. Ten - stosunkowo krótki i zabawny - nie doprowadził mnie do niemego błagania o koniec, ale i tak koniec końców wstałam obolała. Później była przemowa dyrektora, która jak zawsze była największą częścią wprowadzenia w nowy rok zakuwania. Udało mi się to przeczekać cicho komentując co drugie zdanie i chichrając się z dziewczynami. Dojrzale. 
Wreszcie nastał koniec. Spory tłumek uczniów przepychał się przez drzwi do hali. Cel - dotrzeć do sali jako jedna z pierwszych i zająć godne miejsce na następne dziesięć miesięcy. Sprint po schodach, wyścig w klasie. Udało się - ławka zaklepana. 
Teoretycznie ta część powinna być czystą formalnością. Ogarnięcie planu lekcji, rozdanie kluczyków, pożegnanie i do domu. Właśnie - teoretycznie. W wykonaniu mojej klasy wyglądało to mniej więcej tak:
Nasza wychowawczyni krzycząca "Bądźcie cicho", pół godziny zawracania gitary zmianami w systemie (czy czymś w tym stylu), w tym informacją o nowej salce w kościele, o której już mówił nam dyrek, a my lekcji w niej i tak mieć nie będziemy. Później przekrzykiwanie wrzasku i czekanie na kluczyk, dyktowanie planu lekcji... A nie - wróć! Nie był dyktowany. Ups. Aczkolwiek mnie udało się go dorwać, więc rozpowszechnienie go wśród nieposiadających tej jakże ważnej rzeczy ludzi nie będzie trudne. Chyba. 
Cóż, po batalii trwającej ponad czterdzieści minut udało nam się poodbierać i wysłuchać wszystkiego co trzeba. Następny punkt do zaliczenia - KFC! Szczegółów nie będę zdradzać, ale powiem po prostu, że do domu wróciłam koło pierwszej - i to z koleżankami. No bo "Why the hell not!?"

Dziwactwo nie zawsze popłaca - coś o mnie.


"Stworzenie znane jako Autorka należy do niesamowicie interesującego gatunku zwanego Psychopatus pospolitus, zwanego również psychopata pospolity. Gatunek ten cechuje się niecodziennym poczuciem humoru, ponadprzeciętną lub niesamowicie niską inteligencją oraz odruchami postrzeganymi przez zwyczajnych ludzi jako dziwne."
Tak wygląda wstęp do mojej "definicji" w Wikipedii. Znaczy, wyglądałby, gdyby ona w ogóle istniała. Ale nie istnieje. Smutek. Dobra, teraz na poważnie. Nie jestem dobra w opisach samej siebie, więc przedstawię najważniejsze fakty w formie swoistego planu:
1. Kocham muzykę. Bez niej nie żyję. Słucham dosłownie wszystkiego. No, może oprócz disco polo. Tego nie trawię. Jeszcze bardziej go nie trawię, jak ktoś budzi mnie nim, mimo że mieszka na drugim końcu pola.
2. Właśnie. Mieszkam przy polu. Tak, przy polu. Wbrew pozorom nie żyje się tu tak źle. Chyba, że sąsiad postanawia zrobić dziką balangę, którą nawet u mnie słychać. To wtedy jest gorzej. 
3. Tak jak wspominałam w poprzednim poście - jestem mangozjebem i kocham yaoi. Co ja gadam, ubóstwiam! Na szczęście przynajmniej części z Was - nie zamierzam się tu o nim rozwodzić, może co jakiś czas coś napomknę o jakimś konkretnym tytule, ale wtedy będziecie mieli na wstępie wielki napis "UWAGA YAOI'', więc nie trzeba się bać. Serio. 
4. Food is love, food is life. Chyba kiedyś zrobię o tym cały wpis. Aż mnie korci!
5. Lubię pisać i czytać. Prowadzę nawet drugiego bloga z opowiadaniami, ale hejterów boy x boy od razu zniechęcam do wchodzenia w powyższy link. 
6. Ja i sport nie jesteśmy w najlepszych stosunkach. Co nie znaczy, że jestem gruba - co to, to nie. Specjalnie szczupła też nie jestem. Jestem... normalna. 
Myślę, że na razie Wam starczy, bo post i tak jest już długi, a gdybym wyłożyła od razu wszystko, to o czym miałby być ten blog!? Tak więc pozostaje mi pożegnać się z Wami i odjechać autobusem w stronę zachodzącego słońca. Życzę powodzenia w szkole, ewentualnie pracy.
BlueBird. Bez odbioru.

W następnym poście:
Jak zabiłam telefon, czyli historia zagubionej baterii.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz